Kleks#1: Jak Wąsaty Góral uratował podróż na południe Polski
Mniej, ale częściej. Z takiego założenia wyszedłem, patrząc na to, że ostatnio dość rzadko (zdecydowanie ZA rzadko) tutaj bywam. Na bloga wprowadzam zatem nowy cykl: “Kleks”. Często spotykam się z pytaniami o różne historie, anegdotki i ciekawostki związane z pracą w terenie. Proszę bardzo: w “Kleksie” będziecie mogli poczytać, z czym spotkałem się realizując dotychczasowe zadania. Będzie krótko… to znaczy chciałbym, żeby tak było oraz mam nadzieję, że śmiesznie i regularnie. Tyle wstępu, do dzieła.

Daleki wyjazd do Nowego Sącza, jak każdy inny. Sobota rano, dojeżdżaliśmy na południe Polski. Pod Krakowem próbowaliśmy zatankować gaz. – Nie idzie - rzuca nam pracownik stacji. – Jak to, nie idzie? - dziwimy się. Rzeczywiście, licznik dystrybutora ani dygnął. Nie mogliśmy zatankować. Problem był poważny, bo auto oczywiście mogło jechać dalej na benzynie, ale podróż powrotna na bezołowiówce zwiększyłaby koszty podróży ponad dwukrotnie. A na to pozwolić sobie nie mogliśmy.
Zapadła decyzja, że poszukamy speca od instalacji. Jadąc na resztce gazu natrafiliśmy na reklamę wywieszoną przy drodze: “AUTOGAZ“. Zajechaliśmy pod bramę budynku wyglądającego na wielką stodołę. – Myślicie, że w sobotę tu pracują? – pytamy siebie nawzajem. – Najwyżej będziemy dzwonić na podany numer – pada odpowiedź. Dzwonić nigdzie nie musieliśmy, bo nagle wielkie drzwiska otworzyły się same, a zza nich wyłonił się Wąsaty Góral (oczywiście nie ten ze zdjęcia; autor: toptenz.pl). – Wy do mnie… – zaczyna, ale widząc nasze uradowane twarze wie już, że do niego.
Po krótkiej diagnozie Góral poszedł na chwilę do ciemnej stodoły. Po minucie wrócił z… gumowym młotkiem i śrubokrętem. Cofnęliśmy się dwa kroki z lekkim przerażeniem. – Spokojnie – rzuca do nas. – Wiele razy już tak robiłem. Procedura naprawcza trwała krótko: Góral najpierw wcisnął śrubokręt we wlew gazu, by do końca opróżnić zbiornik, a następnie poszedł opukiwać butlę młotkiem. – Nie ma obaw! – krzyczy do nas, widząc nasze przerażenie i obawy.
Po tej operacji mechanik kazał mi pojechać na oddaloną o 2 kilometry stację benzynową i zatankować. Tak też zrobiłem i udało się. Po powrocie przyszedł czas na mniej przyjemną część (tak przynajmniej mi się wydawało): czas zapłaty za usługę. – Ile? – pytam. – Daj spokój, też mam dzieci na studiach – Góral zaskakuje nas zupełnie. – Nie wezmę od was pieniędzy, nie ma mowy. Nic przecież nie zrobiłem.
Góralowi zostawiliśmy ostatecznie lokalne piwo i szczęśliwi pojechaliśmy dalej. Trafiliśmy na uczciwego człowieka, który nam pomógł. Chcę wierzyć w ludzi, ale w Szczecinie mogłoby to wyglądać tak: proszę zostawić auto na 3-4 godziny, musimy zdiagnozować problem. A po powrocie dowiedziałbym się, że mam do wymiany 6 części, których nazwy absolutnie nic mi nie mówią i muszę zapłacić za nie i robociznę powiedzmy 300 złotych.
Nie przeczytasz tego Wąsaty Góralu, ale raz jeszcze bardzo Ci dziękuję!


