platforma blogowa portalu głos szczeciński

Leo Messi jest lepszy od Cristiano Ronadlo. I już.

Od środy piłkarski świat emocjonuje się wynikiem półfinałowego starcia Ligi Mistrzów: Real Madryt – FC Barcelona. Goście wygrali 2:0 po dwóch bramkach Argentyńczyka Lionela Messiego.

Spotkanie zapowiadane było właśnie jako pojedynek wyżej wymienionego i Portugalczyka Cristiano Ronadlo z Realu. Dwóch najwybitniejszych dziś piłkarzy (tutaj nie ma żadnych wątpliwości) po raz kolejny miało udowodnić swoją wyższość nad rywalem.

Przed meczem obejrzałem w internecie kompilację z udziałem Messiego i CR7. Bardziej efektowny był oczywiście Portugalczyk. Piękne i dynamiczne zwody sztuczki i rajdy, ośmieszanie rywali, taniec z piłką, wspaniałe gole i rzuty wolne – czyli wizytówka tego pomocnika. Messi w zamieszczonym filmiku wyglądał o wiele bardziej skromnie: kilka goli, rajdów, szybka wymiana podań. Wielu mogłoby po obejrzeniu tego materiału zapytać: gdzie wirtuozeria tego Argentyńczyka?! (albo ewentualnie zasugerować, że stworzył go fan Realu ;) )

Kibiców, którzy spodziewali się, że Messi i Ronaldo od pierwszych minut środowego spotkania będą czarować publiczność w Madrycie czekał spory zawód. I było to w praktyce niemożliwe, bo obaj byli przez te 1,5 godziny najlepiej pilnowanymi piłkarzami na świecie.

Początek pokazał, że Messi będzie miał piekielnie trudne zadanie. Kiedy tylko dostawał piłkę, świetnie interweniowali Pepe i Arbeloa. Podobnie było z drugiej strony, z tym, że barcelończycy skupili się głównie na tym, by ograniczyć CR7 miejsce do gry. Wystarczyła jednak chwila nieuwagi, a Portugalczyk posłał na bramkę Victoria Valdesa potężną bombę, którą Hiszpan z trudem odbił klatką piersiową.

Wracając jednak do samego pojedynku Messiego i Ronaldo: Argentyńczyk udowodnił w tym meczu przede wszystkim swoją nieocenioną pożyteczność dla zespołu. Dwa przebłyski (a może tylko jeden?) geniuszu wystarczyły, by o Barcelonie jako o finaliście tegorocznej edycji Ligi Mistrzów mówić niemal ze stuprocentową pewnością. Przy pierwszej bramce Messi po prostu był tam, gdzie powinien być i wykończył dośrodkowanie Ibrahima Afellay’a. Ciekawszy i ładniejszy był drugi gol: pomocnik Barcelony minął kilku rywali i wcisnął piłkę do bramki Ikera Casillasa. Słowo minął jest tu kluczowe, bo Messi w swoim rajdzie nie używał efektownych sztuczek i zwodów. On po prostu przebiegł z piłką kilkadziesiąt metrów w odpowiednim tempie i to “wystarczyło”, by minąć kilku najlepszych zawodników na świecie.

Właśnie ten przebłsk geniuszu, ta prostota z jaką Argentyńczyk poradził sobie z Realem Madryt, utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest najlepszym piłkarzem świata. I chociaż jestem wielkim fanem talentu obu wybitnych zawodników, to dziś wyżej stawiam właśnie małego rycerza z Barcelony.

YouTube Preview Image

O współpracy mediów z ludźmi piłkarskiego związku

Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że wtorkowy (dzisiejszy) “Głos” jest tworzony m.in. w świąteczny poniedziałek. To prowokuje różne sytuacje.

Zabolał mnie wczoraj brak zrozumienia. Dziś w “Głosie” możecie (jak zawsze, w pierwszy dzień tygodnia, w którym ukazuje się gazeta) poczytać sobie na przykład o IV lidze.

Świąteczny dzień sprawia, że do niektórych trenerów czy kierowników trudno dotrzeć. Nie można się temu dziwić – są święta, nie każdy chce rozmawiać, nie każdy ma przy sobie telefon.

Do klubu X (nie jest istotne, który to z grona czwartoligowców) niestety nie udało mi się w żaden sposób dodzwonić. Potrzebowałem jedynie informacji statystycznych, więc postanowiłem udać się do sędziego tego meczu, posiada protokół meczowy.

Zadzwoniłem do rzecznika prasowego ZZPN-u (bardzo pomocny, od pewnego czasu próbuje zmienić skamieniały obraz związku) z prośbą o pomoc. Rzecznik skierował mnie do Pana Y (nie będę pisał nazwiskami, żeby nie robić wstydu). Miał on posiadać numer do sędziego, który prowadził mecz drużyny X.

Zadzwoniłem z nadziejami, że pomoc Pana Y przyśpieszy moją pracę. Zdziwiłem się jednak, bo zamiast zrozumienia i dobrych chęci natrafiłem na atak. Nie będę rozstrząsał wszystkich argumentów rozmówcy (niektóre były tak żenujące, że aż szkoda o nich pisać), ale największe pretensje miał do mnie o to, że zadzwoniłem w święta. I nawet chcę go rozumieć, bo to czas odpoczynku, ale sam też chciałbym być zrozumiany. Czy Pan Y myśli, że “Głos”, który dziś pewnie weźmie (albo już wziął) do ręki, jest pisany tego samego dnia? Czy naprawdę nie rozumie, że dziennikarze nie pracują w święta “z przyjemności”? Pan Y uparł się jednak, że mi nie pomoże i nie pomógł. Zakłóciłem jego święta, czym wyrządziłem mu przeogromną krzywdę. A szkoda, bo właśnie dołożył kolejną cegiełkę do muru, jaki stoi między ZZPN-em, a prasą, kibicami i całym środowiskiem piłkarskim.

Dzięki “pomocy” podobnych Panu Y związkowych działaczy, zdobycie czasem wydawałoby się najprostszej informacji urasta do rangi walki o “ściśle tajne przez poufne”. Zabawne, jak w prosty sposób można pokrzyżować komuś życie.

Kończąc ten mało przyjemny świąteczny wątek zastanawiam się tylko, czy Pan Y nie chciał mi pomóc, bo nie mógł, czy po prostu czuł się urażony telefonem w święta? Bo jeśli to drugie, to warto pogratulować szanowania własnego interesu, kosztem organizacji, w której się pracuje :) .

Więcej luzu Panie Y, przyda się to Panu w pracy.

YouTube Preview Image

Leżysz? Nie przejmuj się, koledzy wykopią piłkę… Tylko dlaczego tak jest?

Na początek chciałbym przywitać się ze wszystkimi czytelnikami. Dzień dobry, cześć i czołem, jestem wesoły… Krzysiek. Skoro już część artystyczną mamy za sobą, kilka słów wstępniaka.

Sam nie wiem do końca, jakiej tematyki będzie trzymał się ten blog. Podejrzewam, że bardzo rozległej. Na pewno będę chciał pokazać, że nawet sprawy małe i przyziemne są dla nas bardzo ważne, szczególnie w kontekście przyszłych wydarzeń. Skoro wywodzę się z dziennikarstwa sportowego, na pierwszy ogień pójdzie sprawa związana z piłką nożną.

Dwie minuty kary, żeby mogli się zastanowić

Jesienią 2009 roku byliśmy ze znajomymi w Poznaniu. Pogoń grała z Wartą. Piłkarze obu drużyn, w zależności od wyniku, irytowali kibiców swoim zachowaniem. Otóż, kiedy prowadziła Warta – jej gracze niemal w każdej akcji, ledwo tylko dotknięci, padali na murawę. Leżeli tak przez kilkanaście sekund, licząc, że przeciwnik wybije piłkę na aut. I wybijał, bo przecież taki jest zwyczaj. Kilka minut przed końcem Pogoń niespodziewanie objęła prowadzenie. I już do końca to właśnie przyjezdni stali się “papierowi”. W końcówce piłkarzom Warty wrócił wigor i ochota do ostrej gry, a szczecinianie – gdy tylko wchodzili z kontakt z gospodarzami – kładli się na boisko, trzymając się za łydkę, stopę, cokolwiek. Warciarze niechętnie, ale piłkę jednak wybijali. Cóż, przecież taki zwyczaj…

Sytuację śledziliśmy ze starszym dziennikarzem, podobno z przeszłością w Lwowie (tak przynajmniej nam opowiadał). Miał on mocno wykrystalizowany pogląd na temat “oddawania piłki w duchu fair play”. Między nami wywiązała się rozmowa, która wyglądała mniej więcej tak:

 

Dziennikarz z Lwowa: - Nie powinni byli tego wybijać, przecież to niepoważne!

- Ale dlaczego, przecież tak się robi…

- No właśnie, ktoś to wymyślił, a teraz wszyscy to kopiują. Czy ktoś zadał sobie pytanie – dlaczego?

- Dlaczego?

- Bo to jakiś chory wymysł ludzi. Przecież takie odkopnięcie w aut tylko wybija twój zespół, kiedy masz piłkę. Ani ci to nie pomoże, ani nie doda splendoru.

- Pewnie ma pan rację…

- Powiem wam, jak powinno być.

I powiedział. Zdaniem lwowskiego dziennikarza, każdy groźniejszy (czyt. groźniej wyglądający faul) powinien być jednoznacznie interpretowany przez sędziego. Arbiter powinien leżącego delikwenta usuwać za boisko na dwie, a najlepiej trzy minuty. Obligatoryjnie. Jeśli naprawdę potrzebuje pomocy medycznej, proszę bardzo – czas dla niego. Jeśli potrzebuje więcej, nikt nie będzie miał pretensji. Ale pozwoliłoby to wykluczyć boiskowych cwaniaczków, którzy zanim upadliby z grymasem łapiąc się za cokolwiek, pomyśleliby czy warto osłabiać swój zespół na kilka minut. A tak, w nowoczesnym futbolu dochodzi nawet do tak kuriozalnych sytuacji jak w filmiku poniżej.

YouTube Preview Image