platforma blogowa portalu głos szczeciński

Grafik zrobił babola, ale czemu nikt go nie sprawdził? Wygraj sieciówk… no właśnie, co?

Podczas dzisiejszej podróży autobusem wpadł mi w oko plakat promujący akcję miasta “Sieciówka za bilecik” odbywającej się w ramach Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu. Pomysł ciekawy, bo za jeden skasowany i dostarczony do Urzędu Miasta bilet (opisany swoimi danymi) można wygrać sieciówkę, czyli miesiąc jeżdżenia za darmo.

Przyglądałem się więc plakatowi (naturalnie utrzymanemu w tonacji “Floating garden”) i analizowałem kolejne slogany. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wielkie hasło “DO WYGRANIA 10 SIECIÓWKEK“. Na pierwszy rzut oka wszystko jest ok, bo przecież nauczeni jesteśmy czytać całymi wyrazami. Ale coś mi jednak nie pasowało. Gdzieś tam zakręciło się dodatkowe “K“.

Niestety w tym momencie pachnie to już amatorką. Pół biedy, że pomylił się grafik, bo to jeszcze nic strasznego. Ale gdzie, do cholery, są ludzie nadzorujący jego pracę? Dlaczego nikt nie pochylił się nad projektem na tyle skrupulatnie, żeby wychwycić literówkę? Obawiam się, że akceptacja projektu odbyła się na zasadzie:

– Szeeeefie, projekt gotowy!

- Pokaż no, naniosłeś poprawki o które prosiłem?

- Tak, wszystko cacy.

(szef ogląda nową wersję projektu przez pół minuty)

- Dobra, jest w porządku.

- Wysyłać do drukarni?

- Wysyłać, wysyłać, tylko szybko!

Oczywiście nie wspomnę już nawet, że osoba odbierająca plik w drukarni także mogła dojrzeć błąd. A pewnie “jurorów” od momentu oddania projektu plakatu do jego druku było jeszcze kilku, ale nikt nie dostrzegł tego nieszczęsnego “K”. Skubane, tak się schowało.

Ktoś powie, że to tylko literówka. Tylko i aż. Bo to jednak akcja miejska, a od miasta powinniśmy wymagać pełnego profesjonalizmu. Tym bardziej, że slogan, to nie książka, nawet nie list i nie artykuł, więc raczej niedużo czasu zajmuje dokładne sprawdzenie jego treści.

PS. Ale w konkursie i tak warto wziąć udział. :)

Grafika pochodzi z prezentacji ETZT 2011 ze strony www.szczecin.eu.

“Gujek” jest przeszczęśliwy :)!

Często zastanawiałem się nad opowieściami ludzi, którzy wzruszali się, gdy ich dziecko po raz pierwszy mówiło “tata”, albo “mama”. Fajne uczucie, ale niby po co robić z tego takie przedstawienie? Tak myślałem do zeszłej soboty.

Siostrzenica, 2-letnia Oliwka. Poznaje świat, uczy się mówić, jest bardzo ruchliwa. Żywe srebro. Lubię się nią zajmować, patrzeć na to jak się rozwija i cieszy dziecięcym życiem. Dotychczas wołała na mnie “kaka“. I już samo to, że mnie rozpoznaje, uśmiecha się do mnie i krzyczy po swojemu było fantastyczną sprawą.

W sobotę wieczorem po raz pierwszy usłyszałem, jak Oliwka mówi na mnie “gujek“. Za pierwszym razem nie byłem pewny, czy się nie przesłyszałem, ale upewniłem się już po kilku minutach. - Gujek! Chodź! – dwulatka rozwiała wszelkie wątpliwości.

I mimo, że jestem tylko wujkiem, to poczułem się jakoś dziwnie… To było naprawdę niesamowicie miłe, trudne do opisania uczucie. Aż się boję swojej emocjonalnej reakcji, kiedy za kilka lat po raz pierwszy usłyszę od swojego dziecka “tata”. Na razie to strefa dalekich planów, ale przecież podumać nikt nie broni :) .

No, to teraz jestem “gujek” pełną gębą! I, kurczę, czuję się z tym świetnie!

Fotografia: free-extras.com

Dobranoc…

Pracowałem dziś ponad 13 godzin… Padam na twarz. I najdziwniejsze jest to, że zamiast iść spać, postanowiłem o tym skrobnąć o 00.17 na blogu. Tak, internet zabija.

Dobranoc.

Kleks#1: Jak Wąsaty Góral uratował podróż na południe Polski


Mniej, ale częściej. Z takiego założenia wyszedłem, patrząc na to, że ostatnio dość rzadko (zdecydowanie ZA rzadko) tutaj bywam. Na bloga wprowadzam zatem nowy cykl: “Kleks”. Często spotykam się z pytaniami o różne historie, anegdotki i ciekawostki związane z pracą w terenie. Proszę bardzo: w “Kleksie” będziecie mogli poczytać, z czym spotkałem się realizując dotychczasowe zadania. Będzie krótko… to znaczy chciałbym, żeby tak było oraz mam nadzieję, że śmiesznie i regularnie. Tyle wstępu, do dzieła.

Daleki wyjazd do Nowego Sącza, jak każdy inny. Sobota rano, dojeżdżaliśmy na południe Polski. Pod Krakowem próbowaliśmy zatankować gaz. – Nie idzie - rzuca nam pracownik stacji. – Jak to, nie idzie? - dziwimy się. Rzeczywiście, licznik dystrybutora ani dygnął. Nie mogliśmy zatankować. Problem był poważny, bo auto oczywiście mogło jechać dalej na benzynie, ale podróż powrotna na bezołowiówce zwiększyłaby koszty podróży ponad dwukrotnie. A na to pozwolić sobie nie mogliśmy.

Zapadła decyzja, że poszukamy speca od instalacji. Jadąc na resztce gazu natrafiliśmy na reklamę wywieszoną przy drodze: “AUTOGAZ“. Zajechaliśmy pod bramę budynku wyglądającego na wielką stodołę. – Myślicie, że w sobotę tu pracują? – pytamy siebie nawzajem. – Najwyżej będziemy dzwonić na podany numer – pada odpowiedź. Dzwonić nigdzie nie musieliśmy, bo nagle wielkie drzwiska otworzyły się same, a zza nich wyłonił się Wąsaty Góral (oczywiście nie ten ze zdjęcia; autor: toptenz.pl). – Wy do mnie… – zaczyna, ale widząc nasze uradowane twarze wie już, że do niego.

Po krótkiej diagnozie Góral poszedł na chwilę do ciemnej stodoły. Po minucie wrócił z… gumowym młotkiem i śrubokrętem. Cofnęliśmy się dwa kroki z lekkim przerażeniem. – Spokojnie – rzuca do nas. – Wiele razy już tak robiłem. Procedura naprawcza trwała krótko: Góral najpierw wcisnął śrubokręt we wlew gazu, by do końca opróżnić zbiornik, a następnie poszedł opukiwać butlę młotkiem. –  Nie ma obaw! – krzyczy do nas, widząc nasze przerażenie i obawy.

Po tej operacji mechanik kazał mi pojechać na oddaloną o 2 kilometry stację benzynową i zatankować. Tak też zrobiłem i udało się. Po powrocie przyszedł czas na mniej przyjemną część (tak przynajmniej mi się wydawało): czas zapłaty za usługę. – Ile? – pytam. – Daj spokój, też mam dzieci na studiach – Góral zaskakuje nas zupełnie. – Nie wezmę od was pieniędzy, nie ma mowy. Nic przecież nie zrobiłem.

Góralowi zostawiliśmy ostatecznie lokalne piwo i szczęśliwi pojechaliśmy dalej. Trafiliśmy na uczciwego człowieka, który nam pomógł. Chcę wierzyć w ludzi, ale w Szczecinie mogłoby to wyglądać tak: proszę zostawić auto na 3-4 godziny, musimy zdiagnozować problem. A po powrocie dowiedziałbym się, że mam do wymiany 6 części, których nazwy absolutnie nic mi nie mówią i muszę zapłacić za nie i robociznę powiedzmy 300 złotych.

Nie przeczytasz tego Wąsaty Góralu, ale raz jeszcze bardzo Ci dziękuję!

YouTube Preview Image

Kino w Szczecinie stało się rozrywką kulturalną klasy B… albo i C

Jakiś czas mnie tutaj nie było. Ale z drugiej strony nie ma co na siłę produkować wpisów, kiedy nie ma się nic ciekawego do powiedzenia. A i odpocząć trochę trzeba. Dziś pomarudzę trochę na kino. A w zasadzie na szczecińskich widzów.

Lubię obejrzeć dobry film, jak większość ludzi. Klientem szczecińskich kin jestem często, powiedziałbym nawet regularnie. Niestety z każdą kolejną wizytą mam coraz mniej chęci do odwiedzania tych miejsc…

Kilka dni temu wybrałem się na ostatnią część “Harrego Pottera”. I już na wejściu robi się nieprzyjemnie. “Blalbalba, blabla bla, proszę oddać okulary 3D po wyjściu, blablabla, nie zapomnieć oddać“. Płacę za bilet i już na wejściu robi się ze mnie złodzieja okularów. Ale z drugiej strony nie dziwię się. Społeczeństwo mamy jakie mamy i pewnie gdyby nie owa informacja (powtarzająca się także po zakończonym seansie) kilku amatorów okularów by się znalazło.

Do chrupania, mlaskania, siorbania (a nawet bekania… tak bekania!) przywykłem. Taka “kultura”. Kiedy już mi to przeszkadza, to idę do Pioniera, bo tam nikt popcornu nie sprzedaje. Przed pierwszym kadrem zakładam się ze współtowarzyszką:

- Ile razy w trakcie usłyszymy dzwonek telefonu? – pytam.

- 2 – proponuje.

- 3? – daję swoją propozycję.

Nie trafiliśmy, bo dzwonki odzywały się kilkanaście razy (a sala nie była pełna!). Na domiar złego obok mnie usiadła jakaś maniaczka telefonu, która cały czas wysyłała SMS-y. Do głowy jej nie przyszło, że światło ekranu jest dla innych widzów uciążliwe. Ktoś ją w końcu upomniał, ale ona… zrobiła ręką daszek i dalej słała SMS-y. – Po co przyszła na film? – zacząłem się zastanawiać. Odpowiedź przyszła 15 minut później, razem z jej koleżanką. I tutaj przechodzimy do kolejnego punktu – spóźnialstwo. Film i tak zaczyna się z 20-minutowym opóźnieniem, bo przez ten czas emituje się reklamy i zapowiedzi. A ludzie mimo tego spóźniają się dalej. No i jak już przyjdą, to bezpardonowo przedzierają się między ludźmi, bezceremonialnie zasłaniając im ekran i depcząc ich stopy.

Czasem tak sobie myślę. Jak się nie podoba, zostań w domu i obejrzyj film w telewizji. Racja. Skoro jednak płacę 20 złotych za bilet, to mam takie samo prawo w spokoju obejrzeć film, jak każdy inny…

W związku z tym przerzucam się na teatr. Tam pod tym względem jest sto razy lepiej (chociaż i tak zdarza się, że i tam trafia widz z kinową kulturą).

YouTube Preview Image

“Albo będzie dobrze, albo będzie źle. Piłka jest okrągła, bramki są dwie!”

Po czterech latach spędzonych we Flocie Świnoujście czeski szkoleniowiec Petr Nemec przeniósł się do spadkowicza z ekstraklasy – Arki Gdynia. Czy zrobił dobrze? Na pewno może wiele zyskać, ale chyba jeszcze więcej stracić. Czech zaryzykował bardzo wiele, powiedziałbym nawet, że postawił wszystko na jedną kartę.


Zanim Nemec trafił do Świnoujścia, nie notował w Polsce wielkich sukcesów. W Polsce pracuje nieprzerwanie już od dziesięciu lat, ale jakoś nie zdążył w tym czasie wyrobić sobie marki trenera ekstraklasowego. Jestem przekonany, że nie bez przyczyny. – Wreszcie ktoś docenił moją pracę – powiedział Nemec zaraz po podpisaniu kontraktu z pierwszoligową już Arką Gdynia. Może tak, może nie. Pewne jest to, że Nemec, któremu w Świnoujściu było wolno wszystko i wszędzie, będzie musiał mieć teraz twardy tyłek.

Czeskiemu szkoleniowcowi dobrze życzę, ale wiele rzeczy mnie zastawania. W Świnoujściu Nemec robił wynik zdecydowanie ponad stan. Miał ten komfort pracy, że w zasadzie nie spoczywała na nim żadna presja. Czasem dochodziło do sytuacji wręcz komicznej, że trener robił za dobre wyniki i to zarząd znajdował się pod presją, że ekstraklasa jest już coraz bliżej. Nie zmienia to faktu, że dotąd nie zdarzyło się jeszcze, żeby ktoś stawiał przed szkoleniowcem jakieś wygórowane cele już przed sezonem. “Macie się utrzymać, a co będzie dalej…“. No właśnie, w Arce tak nie będzie. Nemec zapewne już usłyszał od działaczy, że pobyt w I lidze ma trwać tylko rok. W Gdyni celują w awans i po to zatrudnili Czecha.

Przypominam sobie, że szkoleniowiec często miał muchy w nosie. Jak nie miał ochoty, nie rozmawiał z dziennikarzami. Nie czuł się w potrzebie dyskutować z mediami – delegował na konferencję prasową swojego asystenta. Nawet telewizji potrafił robić problem z udzieleniem wypowiedzi. W Świnoujściu mu na to pozwalano, ale sielanka się skończyła. Od teraz trener Nemec będzie musiał gęsto tłumaczyć się z każdego głupio zgubionego punktu. A może nawet z każdego straconego. I tutaj nikt nie będzie oglądał się na to, że Nemec nie chce “gadać“, że nie ma ochoty. Zaczną się trudne pytania, a… na pewno się zaczną. Dopiero teraz zobaczymy, jak Czech poradzi sobie z pierwszoligową presją.

Wiadomo, że w Gdyni szkoleniowiec będzie miał komfort doboru zawodników. Flota dawała mu możliwość jedynie transferów bezgotówkowych, w dodatku zawodników niedrogich w utrzymaniu. Nemec do perfekcji opanował wychowywanie i kreowanie tych piłkarzy. Tylko, że w Arce nikt nie będzie chciał, żeby kogokolwiek wychowywał na przyszłość. Będzie musiał robić wynik tu i teraz, mając “gotowych” zawodników. Nie wszyscy będą musieli rozumieć i akceptować jego koncepcję gry, a czasu na przekonanie ich do niej nie będzie miał Czech za dużo.

We Flocie Nemec mógłby zanotować bessę – przegrać 10 kolejnych meczów, a i tak nie zostałby raczej zwolniony. Jego posada była w I lidze najbezpieczniejszą spośród wszystkich szkoleniowców. Sam śmiał się, że wypełnił czteroletnią kadencję, ale w Świnoujściu z otwartymi ramionami pozwoliliby mu zostać na drugą. W Gdyni tak miło i ciepło miał nie będzie. Kilka nieudanych meczów, a takie mogą się zdarzyć, może sprawić, że Nemec nie zdąży się nawet nacieszyć morzem i znajdzie się na bruku. W Świnoujściu był już traktowany jak swój, w Gdyni będzie tylko pracownikiem klubu.

Zastanawia mnie też fakt, czy prosta piłka, którą uskuteczniał Czech we Flocie, sprawdzi się w Arce. Nemec buduje zespoły zazwyczaj w oparciu o silną defensywę i środek pola. Zaczyna mecz od “na zero z tyłu”, chcąc coś strzelić. Takie granie sprawdzało się we Flocie, która dopiero w końcówce sezonu bywała faworytem meczu. I warto zauważyć, że wtedy zazwyczaj przegrywała! Arka zawsze będzie faworytem i nie będzie mogła grać defensywnie.

Oczywiście mogę się mylić. Być może Nemec jest fantastycznym szkoleniowcem, który po roku awansuje z Arką do ekstraklasy i będzie faworytem w kategorii “Trener roku”. Coś mi jednak podpowiada, że tak pięknie nie będzie i Nemec szybko może znaleźć się na trenerskiej karuzeli – ale z drugiej strony. Szacunek za to, że postawił wszystko na jedną kartę, ale zrobił to też dla pieniędzy. A te często gubią ludzi.

Na koniec tradycyjnie proponuję Wam piosenkę. Tym razem śpiewa… Petr Nemec (zbieżność nazwisk :) ), a utwór ma znaczący tytuł “Moja głowa jest pełna pomysłów”. W oryginale “Mám hlavu plnou nápadů”. Tak sobie pomyślałem, że odkąd Nemec przeniósł się do Arki, naprawdę będzie musiał mieć głowę pełną “napadu” ;) .

YouTube Preview Image

 

Opowiadanie o wyprawie na drugi koniec Polski. Przygodowe przynudzanie.

Wiele osób pyta mnie, jak wygląda nasz wyjazd za Pogonią. Wiadomo – nie jedziemy w zorganizowanej grupie kibiców, więc specyfika naszych podróży jest nieco inna. A skoro są zainteresowani, to pomyślałem, że streszczę ostatnią wycieczkę do Niecieczy. Ostrzegam: przydługie. Kto nie chce, niech nie czyta :) .

Podróż rozpoczęliśmy już w piątkowy wieczór. Zapakowaliśmy się w czwórkę do auta i ruszyliśmy w drogę. Postanowiliśmy, że wyjedziemy tak wcześnie, gdyż były ku temu powody.

Jeden z nas miał sporo nauki (egzaminy i zaliczenia na studiach w poniedziałek i wtorek po meczu) i chciał poświęcić sobotę i niedzielę na edukację. Koło godziny 7 rano zameldowaliśmy się w Tarnowie. Podróż przebiegła spokojnie, bez żadnych rewelacji. O 3 nad ranem, na jednym ze śląskich MOP-ów przy autostradzie, rozpaliliśmy grilla. Kierowcy TIR-ów, którzy nas obserwowali, byli lekko zdziwieni i nie chcieli się przyłączyć.

Naszą bazą w Tarnowie był Camping 202. Kameralne i zielone miejsce. Z właścicielem dogadaliśmy się, że domek możemy zająć już od rana (normalnie doba trwała od 14) – oczywiście za dopłatą. Ach, Ci ludzie z południa Polski – potargowaliśmy się trochę i dobiliśmy “deal”. – Proszę tylko, żebyście w godzinach od 12 do 17 przeparkowali auto poza teren campingu – powiedział gospodarz. Zdziwiliśmy się, ale przystaliśmy na prośbę.

Położyliśmy się, żeby odespać podróż. Około godziny 12 obudziły nas przeróżne dźwięki, hałasy i krzyki. Kiedy wstaliśmy, poznaliśmy przyczyny prośby dotyczącej naszego auta. Po terenie campingu biegała rozwrzeszczona gromadka dzieci, a przy stolikach siedziało mnóstwo dorosłych. Okazało się, że jedna z firm zajmujących się energetyką zorganizowała na terenie naszego campingu festyn z okazji dnia dziecka. Była to impreza z rodzaju “wszystko dla wszystkich“. Event zamknięty, a że my w środku… :) . - Odbijmy chociaż to, co musieliśmy dopłacić! - zaproponował ze śmiechem jeden z nas. No i odbiliśmy. A właściwie odbijaliśmy, bo był to proces ciągły, trwający cały dzień. Jedyne z czego nie mogliśmy skorzystać (poza lodami, piwkiem, napojami, atrakcjami typu minigolf itp.), to grill. Ten przywilej mieli jedynie uczestnicy (pracownicy firmy) obdarzeni specjalnymi kuponami. Stwierdziliśmy jednak, że nie będziemy gorsi i odpaliliśmy własnego grilla przed domkiem.

O godzinie 16 pojechaliśmy na stadion Tarnovii Tarnowo, gdzie trenowała Pogoń. Lał deszcz, ale nam to nie przeszkadzało. Chcieliśmy zobaczyć naszych. – Co wy, w środę wyjechaliście!? – zagadnął nas ze śmiechem Bartosz Ława. Większość piłkarzy przywitała nas z uśmiechem. Widać było, że uszanowali to, że przejechaliśmy za nimi cały kraj. To było naprawdę miłe uczucie. Podczas treningu jeden z zawodników trafił piłką w nasz samochód. Autor soczystego uderzenia rozwalił nam lusterko. Po treningu podszedł do nas trener Artur Płatek. – Powiedzcie, który strzelił, to odda Wam pieniądze - powiedział szkoleniowiec. Nie wiedzieliśmy, który z piłkarzy uderzał, a żaden z nich się nie przyznał. Trudno, jakoś sobie poradziliśmy ;) .

Wieczór upłynął nam na grze w ping-ponga oraz finale Ligi Mistrzów. Potem, mocno zmęczeni całym dniem, grzecznie położyliśmy się spać.

Następnego dnia tuż za Tarnowem, gdy jechaliśmy na stadion, zatrzymała nas policja.

- Gdzie jedziecie? - zapytali.

- Do Niecieczy na meczodpowiedzieliśmy ze spokojem. Policjanci momentalnie zmienili do nas stosunek.

- Dokumenty! – niemal krzyknął jeden z nich. Był mocno zdenerwowany (wiadomo, zakaz PZPN).

- Spokojnieodpowiedzieliśmy. – Prasa ze Szczecina. Identyfikatory pokazać?

- Pokazać, pokazać – odrzekli. Kiedy przekonali się, że nie kłamiemy, wyglądali, jakby kamień spadł im z serca. Dmuchnąłem w alkomat i pojechaliśmy dalej.

Fot. Wiola Borzym – Tak pracowaliśmy w Niecieczy (widać nas w tle).

Na stadionie w Niecieczy byliśmy ponad 2 godziny przed meczem (oczywiście ten z nas, który miał się uczyć, porzucił wszelkie nadzieje). Bylibyśmy jeszcze wcześniej, ale do akcji włączył się nasz GPS. Nawigacja posłała nas przez totalne dziury, drogami, których… nie było! Gdy już się zgubiliśmy (10 km od Niecieczy) pomagali nam miejscowi. – To “bedzie” tam – powiedział nasz bezzębny przyjaciel. – Pojedziemy kawałek z wami!zaproponował ochoczo drugi, lekko wczorajszy. Zrezygnowaliśmy ze wspólnej podróży, ale istotnie: kompani nam pomogli. Na stadionie w Niecieczy zero znanej z wielu obiektów “napinki“. Pogadaliśmy z rzecznikiem, kierownikiem klubu i już przez ochronę klubu traktowani byliśmy jak ci, którym wolno wszystko i wszędzie. Miło, a my nie zamierzaliśmy tego nadużywać. Gorzej miał były bramkarz Pogoni Krzysztof Pyskaty, którego ochrona długo nie chciała wpuścić na obiekt. Z “Pyskaczem” serdecznie przywitaliśmy się i ucięliśmy miłą pogawędkę. – Awansowaliśmy do III ligi – zaczął Pyskaty, który jest teraz bramkarzem Limanovii Limanowa. – Jest możny sponsor, w przyszłym roku powalczymy o II ligę. Jest dobrze. Tydzień temu byłem w Stróżach na meczu Pogoni z Kolejarzem, ale boisko “nie dojechało”! - dodał ze śmiechem.

Kilka słów należy wspomnieć o stadionie. Kameralny, iście I-ligowy, w miarę nowy. Ciekawostki: minitelebim przed stadionem, wyświetlający aktualną tabelę, skład zespołu i wyniki ostatniej kolejki. Takiego czegoś jeszcze nie widzieliśmy. No i krzesła, a w zasadzie fotele dla VIP-ów – zostały przeniesione chyba z sali kinowej. Przed meczem usiedliśmy na chwilę na jednym z takich skórzanych cudeniek i… stwierdziliśmy, że oglądanie meczu z takiej perspektywy to jednak nie dla nas. Wolimy twarde krzesła i laptopy.

Po meczu nie mieliśmy za dużo czasu na rozmowy z piłkarzami, bo szybko uciekali na pociąg. Mimo tego znaleźli chwilę na pogawędkę. Widać, że w zespole panuje dobry duch. – Ile jechaliście? – zagaił Robert Kolendowicz. – Szybko, wiesz, nowe trasy są, miło się jedzie - odpowiedzieliśmy, a kierownik Ryszard Mizak już poganiał naszych rozmówców.

I to by było na tyle. Spakowaliśmy się w auto i pojechaliśmy… na grilla. Rozbiliśmy się przed Tarnowem, w szczerym polu. Mieliśmy uwinąć się w pół godziny, ale zeszło nam blisko 2,5. Do Szczecina dojechaliśmy w poniedziałek o 6 rano, a jeden z nas pierwsze zaliczenie na uczelni miał już o 11.30.

Na koniec mocno już nieaktualne, bo Nieciecza ma I ligę i zmodernizowany stadion, ale jednak obrazowe i ciekawe:

YouTube Preview Image

Nie chcesz jeździć “Dryfującą Huśtawką”? To pomyśl i przyłącz się do akcji!

Od pewnego czasu trwa akcja “Głosu” do której przyłączyło się Miasto Szczecin. Chodzi oczywiście o nadanie sześciu tramwajom marki Swing patronackich nazw.

mmszczecin.plPomysł jest genialny i nie ma co do tego cienia wątpliwości. Autorowi należą się ogromne brawa, ale ja nie o tym. We wczorajszym magazynie “Głosu” mogliśmy przeczytać, że Czytelnicy nadesłali już bardzo dużo pomysłów. I bardzo dobrze. Ale to wciąż za mało. Nie, w żadnej kapitule nie jestem, nie wiem ile opcji już zebrano, ale wiem, że to wciąż za mało!

Decydentom trzeba zrobić olbrzymi problem. Niech nie wiedzą, co wybrać. Niech propozycji będzie tyle, żeby musieli zarwać przynajmniej jedną noc, aby wybrać 10 właściwych propozycji. Trzeba dać im się pogłowić – propozycje powinny być liczone w setkach, jeśli nie tysiącach!

Zbieranie przez “Głos” Waszych pomysłów powinniśmy wszyscy potraktować jako konsultacje społeczne. Ile razy słyszy się narzekania mieszkańców, że nie mają na nic wpływu. No to teraz mają – wystarczy pomyśleć, znaleźć odpowiednie uzasadnienie dla swojego pomysłu i jazda! A później jazda Swingiem, dla którego wymyśliło się nazwę. Prawda, że przyjemne :) ?

Akcja trwa, dlatego zachęcam do tego, żeby się do niej włączyć. Im więcej propozycji, tym lepiej. Każda kolejna pozwoli wykluczyć ewentualne pojawiające się dziwolągi. Do dziś wielu osobom nie podoba się nazwa nowego basenu w Szczecinie (“Floating Arena“). A pamiętacie, jakie było zainteresowanie głosowaniem przy tamtej akcji? Zwycięska propozycja zdobyła 175 głosów (sic!). W niemal 400-tysięcznym mieście pozwoliliśmy zadecydować garstce osób. Ale to nie ich wina – gdyby więcej osób oddało swój głos, a wcześniej zgłosiło własne propozycje, być może dziś basen nazywałby się inaczej. Winni jesteśmy my sami, dlatego nie popełniajmy tego samego błędu po raz drugi.

Floating Swing” – ha! W luźnym tłumaczeniu (naprawdę bardzo luźnym, użytym tu celowo dla zobrazowania) znaczy tyle, co “Dryfująca Huśtwaka”. I co, nazwa raczej mało przemyślna? Kto wie, może ktoś już ją zgłosił… Warto zatem nadsyłać lepsze propozycje.

PS. Gdyby ktoś pytał – oczywiście, że zgłosiłem swój pomysł. I wcale nie twierdzę, że jest jedyny, najlepszy, niepowtarzalny. Powiem więcej – liczę, że propozycje Czytelników będą lepsze! W innym przypadku mój wpis byłby, mówiąc oględnie, bezsensowny.

A gdyby tak nie wsłuchiwać się i zamiast “Sing, Sing”, przymknąć oko (albo ucho) i usłyszeć “Swing, swing” ;) ?

YouTube Preview Image

“Swing, Swing, nazywają Go!” – no to do dzieła, nazywajmy!

Menel i bezdomny to nie to samo. Pamiętajmy o tym.

Tytułowych “bohaterów” odróżnić jest bardzo ciężko, ale nie jest to misja niemożliwa. Nie bądźmy obojętni na ludzi pokrzywdzonych przez los.

Dziś, okolice osiedla Arkońskiego, blisko godziny 15.

- Przepraszam, mogę o coś zapytać? – zagaduje mnie mężczyzna z reklamówką, w obszarpanym stroju, mocno opalony i brodaty.

- Kto pyta nie błądzi - odpowiadam, spodziewając się następującego dialogu. - O co chodzi?

- Widzi Pan, mam tu same drobne, zabrakło kilkudziesięciu groszy.

- Na alkohol Pan potrzebujesz?

- Nie! Alkohol? W życiu!

- Jest Pan głodny?

– Tak.

- To kupię Panu bułkę.

- Ale słodką?

- Proszę chwilę poczekać, coś pomyślimy.

W pierwszej chwili poczułem się lekko zdegustowany tą sytuacją. Oferuję człowiekowi pomoc i jeszcze wybrzydza? Wszedłem do sklepu i po chwili naszła mnie refleksja: “kto w taki upalny dzień chciałby jeść suchą bułkę?“. Dlatego też pomyślałem, że kupię mu coś do zjedzenia na ciepło – hot doga. Tam gdzie robiłem zakupy, kosztował niecałe 3 złote, a więc nie był to wielki wydatek. Wyszedłem ze sklepu, by zaproponować mu swój pomysł, ale jego już nie było. Po prostu nie był głody i poszedł.

Jestem za tym, żeby pomagać ludziom, ale z głową. Nie dawajmy im bezmyślnie pieniędzy. Oczywiście, że nie uratujemy ich od alkoholizmu (jeśli już chorują), ale też nie przykładajmy rąk do pogłębienia ich nałogu i szybszego zgonu. Rzadko kiedy zastanawiamy się, do czego prowadzą nasze najmniejsze czyny. Skupiamy się na “tu i teraz“, nie myśląc o konsekwencjach.

Wokół nas jest mnóstwo ludzi biednych. Jeśli ktoś jest głodny, a dla nas problemu nie stanowią 2 złote wydane na chleb/drożdżówkę/cokolwiek, warto pomóc. Głód jest straszny i nie pojmie go do końca nikt, kto się z nim nie zmierzył (autor tego wpisu także nie).

Jeśli natomiast ktoś gardzi naszym jedzeniem (a zdarzają się tacy) – olać go. Sponsorowanie jego zachcianek nie leży w naszym mentalnym obowiązku.

Polecam również artykuł zamieszczony na onetowskim blogu. Przypomniał mi się, po ukończeniu tego wpisu. Znajdziecie go TUTAJ.

YouTube Preview Image

Leo Messi jest lepszy od Cristiano Ronadlo. I już.

Od środy piłkarski świat emocjonuje się wynikiem półfinałowego starcia Ligi Mistrzów: Real Madryt – FC Barcelona. Goście wygrali 2:0 po dwóch bramkach Argentyńczyka Lionela Messiego.

Spotkanie zapowiadane było właśnie jako pojedynek wyżej wymienionego i Portugalczyka Cristiano Ronadlo z Realu. Dwóch najwybitniejszych dziś piłkarzy (tutaj nie ma żadnych wątpliwości) po raz kolejny miało udowodnić swoją wyższość nad rywalem.

Przed meczem obejrzałem w internecie kompilację z udziałem Messiego i CR7. Bardziej efektowny był oczywiście Portugalczyk. Piękne i dynamiczne zwody sztuczki i rajdy, ośmieszanie rywali, taniec z piłką, wspaniałe gole i rzuty wolne – czyli wizytówka tego pomocnika. Messi w zamieszczonym filmiku wyglądał o wiele bardziej skromnie: kilka goli, rajdów, szybka wymiana podań. Wielu mogłoby po obejrzeniu tego materiału zapytać: gdzie wirtuozeria tego Argentyńczyka?! (albo ewentualnie zasugerować, że stworzył go fan Realu ;) )

Kibiców, którzy spodziewali się, że Messi i Ronaldo od pierwszych minut środowego spotkania będą czarować publiczność w Madrycie czekał spory zawód. I było to w praktyce niemożliwe, bo obaj byli przez te 1,5 godziny najlepiej pilnowanymi piłkarzami na świecie.

Początek pokazał, że Messi będzie miał piekielnie trudne zadanie. Kiedy tylko dostawał piłkę, świetnie interweniowali Pepe i Arbeloa. Podobnie było z drugiej strony, z tym, że barcelończycy skupili się głównie na tym, by ograniczyć CR7 miejsce do gry. Wystarczyła jednak chwila nieuwagi, a Portugalczyk posłał na bramkę Victoria Valdesa potężną bombę, którą Hiszpan z trudem odbił klatką piersiową.

Wracając jednak do samego pojedynku Messiego i Ronaldo: Argentyńczyk udowodnił w tym meczu przede wszystkim swoją nieocenioną pożyteczność dla zespołu. Dwa przebłyski (a może tylko jeden?) geniuszu wystarczyły, by o Barcelonie jako o finaliście tegorocznej edycji Ligi Mistrzów mówić niemal ze stuprocentową pewnością. Przy pierwszej bramce Messi po prostu był tam, gdzie powinien być i wykończył dośrodkowanie Ibrahima Afellay’a. Ciekawszy i ładniejszy był drugi gol: pomocnik Barcelony minął kilku rywali i wcisnął piłkę do bramki Ikera Casillasa. Słowo minął jest tu kluczowe, bo Messi w swoim rajdzie nie używał efektownych sztuczek i zwodów. On po prostu przebiegł z piłką kilkadziesiąt metrów w odpowiednim tempie i to “wystarczyło”, by minąć kilku najlepszych zawodników na świecie.

Właśnie ten przebłsk geniuszu, ta prostota z jaką Argentyńczyk poradził sobie z Realem Madryt, utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest najlepszym piłkarzem świata. I chociaż jestem wielkim fanem talentu obu wybitnych zawodników, to dziś wyżej stawiam właśnie małego rycerza z Barcelony.

YouTube Preview Image