platforma blogowa portalu głos szczeciński

Archiwum: Wrzesień 2011

Idą święta. Powariowali do końca :)

Wtorek, 27 września. Podczas zakupów w jednym ze sklepów (tak, ja też nie lubię tego zagadkowego “w jednym z”, ale w tym wypadku nazwa nie jest istotna) natknąłem się na regały ze słodyczami… świątecznymi. 

Zdarzało się już, że świąteczne elementy zaczęły pojawiać się na początku listopada, czasem pod koniec października. W tym roku mamy jednak świąteczne “first minute”.

Cóż, trzeba to oficjalnie powiedzieć: IDĄ ŚWIĘTA :) !

YouTube Preview Image

Grafik zrobił babola, ale czemu nikt go nie sprawdził? Wygraj sieciówk… no właśnie, co?

Podczas dzisiejszej podróży autobusem wpadł mi w oko plakat promujący akcję miasta “Sieciówka za bilecik” odbywającej się w ramach Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu. Pomysł ciekawy, bo za jeden skasowany i dostarczony do Urzędu Miasta bilet (opisany swoimi danymi) można wygrać sieciówkę, czyli miesiąc jeżdżenia za darmo.

Przyglądałem się więc plakatowi (naturalnie utrzymanemu w tonacji “Floating garden”) i analizowałem kolejne slogany. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wielkie hasło “DO WYGRANIA 10 SIECIÓWKEK“. Na pierwszy rzut oka wszystko jest ok, bo przecież nauczeni jesteśmy czytać całymi wyrazami. Ale coś mi jednak nie pasowało. Gdzieś tam zakręciło się dodatkowe “K“.

Niestety w tym momencie pachnie to już amatorką. Pół biedy, że pomylił się grafik, bo to jeszcze nic strasznego. Ale gdzie, do cholery, są ludzie nadzorujący jego pracę? Dlaczego nikt nie pochylił się nad projektem na tyle skrupulatnie, żeby wychwycić literówkę? Obawiam się, że akceptacja projektu odbyła się na zasadzie:

– Szeeeefie, projekt gotowy!

- Pokaż no, naniosłeś poprawki o które prosiłem?

- Tak, wszystko cacy.

(szef ogląda nową wersję projektu przez pół minuty)

- Dobra, jest w porządku.

- Wysyłać do drukarni?

- Wysyłać, wysyłać, tylko szybko!

Oczywiście nie wspomnę już nawet, że osoba odbierająca plik w drukarni także mogła dojrzeć błąd. A pewnie “jurorów” od momentu oddania projektu plakatu do jego druku było jeszcze kilku, ale nikt nie dostrzegł tego nieszczęsnego “K”. Skubane, tak się schowało.

Ktoś powie, że to tylko literówka. Tylko i aż. Bo to jednak akcja miejska, a od miasta powinniśmy wymagać pełnego profesjonalizmu. Tym bardziej, że slogan, to nie książka, nawet nie list i nie artykuł, więc raczej niedużo czasu zajmuje dokładne sprawdzenie jego treści.

PS. Ale w konkursie i tak warto wziąć udział. :)

Grafika pochodzi z prezentacji ETZT 2011 ze strony www.szczecin.eu.

“Gujek” jest przeszczęśliwy :)!

Często zastanawiałem się nad opowieściami ludzi, którzy wzruszali się, gdy ich dziecko po raz pierwszy mówiło “tata”, albo “mama”. Fajne uczucie, ale niby po co robić z tego takie przedstawienie? Tak myślałem do zeszłej soboty.

Siostrzenica, 2-letnia Oliwka. Poznaje świat, uczy się mówić, jest bardzo ruchliwa. Żywe srebro. Lubię się nią zajmować, patrzeć na to jak się rozwija i cieszy dziecięcym życiem. Dotychczas wołała na mnie “kaka“. I już samo to, że mnie rozpoznaje, uśmiecha się do mnie i krzyczy po swojemu było fantastyczną sprawą.

W sobotę wieczorem po raz pierwszy usłyszałem, jak Oliwka mówi na mnie “gujek“. Za pierwszym razem nie byłem pewny, czy się nie przesłyszałem, ale upewniłem się już po kilku minutach. - Gujek! Chodź! – dwulatka rozwiała wszelkie wątpliwości.

I mimo, że jestem tylko wujkiem, to poczułem się jakoś dziwnie… To było naprawdę niesamowicie miłe, trudne do opisania uczucie. Aż się boję swojej emocjonalnej reakcji, kiedy za kilka lat po raz pierwszy usłyszę od swojego dziecka “tata”. Na razie to strefa dalekich planów, ale przecież podumać nikt nie broni :) .

No, to teraz jestem “gujek” pełną gębą! I, kurczę, czuję się z tym świetnie!

Fotografia: free-extras.com

Dobranoc…

Pracowałem dziś ponad 13 godzin… Padam na twarz. I najdziwniejsze jest to, że zamiast iść spać, postanowiłem o tym skrobnąć o 00.17 na blogu. Tak, internet zabija.

Dobranoc.

Kleks#1: Jak Wąsaty Góral uratował podróż na południe Polski


Mniej, ale częściej. Z takiego założenia wyszedłem, patrząc na to, że ostatnio dość rzadko (zdecydowanie ZA rzadko) tutaj bywam. Na bloga wprowadzam zatem nowy cykl: “Kleks”. Często spotykam się z pytaniami o różne historie, anegdotki i ciekawostki związane z pracą w terenie. Proszę bardzo: w “Kleksie” będziecie mogli poczytać, z czym spotkałem się realizując dotychczasowe zadania. Będzie krótko… to znaczy chciałbym, żeby tak było oraz mam nadzieję, że śmiesznie i regularnie. Tyle wstępu, do dzieła.

Daleki wyjazd do Nowego Sącza, jak każdy inny. Sobota rano, dojeżdżaliśmy na południe Polski. Pod Krakowem próbowaliśmy zatankować gaz. – Nie idzie - rzuca nam pracownik stacji. – Jak to, nie idzie? - dziwimy się. Rzeczywiście, licznik dystrybutora ani dygnął. Nie mogliśmy zatankować. Problem był poważny, bo auto oczywiście mogło jechać dalej na benzynie, ale podróż powrotna na bezołowiówce zwiększyłaby koszty podróży ponad dwukrotnie. A na to pozwolić sobie nie mogliśmy.

Zapadła decyzja, że poszukamy speca od instalacji. Jadąc na resztce gazu natrafiliśmy na reklamę wywieszoną przy drodze: “AUTOGAZ“. Zajechaliśmy pod bramę budynku wyglądającego na wielką stodołę. – Myślicie, że w sobotę tu pracują? – pytamy siebie nawzajem. – Najwyżej będziemy dzwonić na podany numer – pada odpowiedź. Dzwonić nigdzie nie musieliśmy, bo nagle wielkie drzwiska otworzyły się same, a zza nich wyłonił się Wąsaty Góral (oczywiście nie ten ze zdjęcia; autor: toptenz.pl). – Wy do mnie… – zaczyna, ale widząc nasze uradowane twarze wie już, że do niego.

Po krótkiej diagnozie Góral poszedł na chwilę do ciemnej stodoły. Po minucie wrócił z… gumowym młotkiem i śrubokrętem. Cofnęliśmy się dwa kroki z lekkim przerażeniem. – Spokojnie – rzuca do nas. – Wiele razy już tak robiłem. Procedura naprawcza trwała krótko: Góral najpierw wcisnął śrubokręt we wlew gazu, by do końca opróżnić zbiornik, a następnie poszedł opukiwać butlę młotkiem. –  Nie ma obaw! – krzyczy do nas, widząc nasze przerażenie i obawy.

Po tej operacji mechanik kazał mi pojechać na oddaloną o 2 kilometry stację benzynową i zatankować. Tak też zrobiłem i udało się. Po powrocie przyszedł czas na mniej przyjemną część (tak przynajmniej mi się wydawało): czas zapłaty za usługę. – Ile? – pytam. – Daj spokój, też mam dzieci na studiach – Góral zaskakuje nas zupełnie. – Nie wezmę od was pieniędzy, nie ma mowy. Nic przecież nie zrobiłem.

Góralowi zostawiliśmy ostatecznie lokalne piwo i szczęśliwi pojechaliśmy dalej. Trafiliśmy na uczciwego człowieka, który nam pomógł. Chcę wierzyć w ludzi, ale w Szczecinie mogłoby to wyglądać tak: proszę zostawić auto na 3-4 godziny, musimy zdiagnozować problem. A po powrocie dowiedziałbym się, że mam do wymiany 6 części, których nazwy absolutnie nic mi nie mówią i muszę zapłacić za nie i robociznę powiedzmy 300 złotych.

Nie przeczytasz tego Wąsaty Góralu, ale raz jeszcze bardzo Ci dziękuję!

YouTube Preview Image