platforma blogowa portalu głos szczeciński

Trochę wtorkowych przemyśleń…

Macie tak czasem, że wyostrzają się Wam zmysły i dostrzegacie coś, czego normalnie byście nie zobaczyli? Ja miałem tak dzisiaj. Oto kilka luźnych spostrzeżeń.

9.34 Wysiadam z autobusu na pętli “Kołłątaja”. W kolekturze Lotto dostrzegam kolejkę. “Kumulacja?“, pytam sam siebie. W kolejce ustawiło się 5, może 6 osób. Wszystkie w podeszłym wieku. Starsze. Nie chcę oceniać po wyglądzie zewnętrznym (wiem, nie powinno się tego robić, ale z drugiej strony jak powierzchownie ocenić kogoś, jeśli nie z wyglądu właśnie), ale widać, że raczej nie są to zamożni ludzi. A później słyszy się narzekanie, że pieniędzy nie ma na to i na tamto. Może jakby rzadziej się chodziło do kolektury, to byłoby więcej? W każdym razie, milionowych wygranych życzę…

9.37 Trach! Rondo Giedryocia zablokowane. Samochód miał kolizję ze zjeżdżającym z ronda tramwajem. “Zaczyna się, zima idzie“. Po kilku minutach ruch pojazdów na Niebuszewie jest sparaliżowany.

13.30 Spotkałem już blisko dziesięciu Mikołajów przebierańców. Dużo to, czy niedużo? Wszystko byłoby w porządku, ale coś mi nie pasuje. Bo oprócz Mikołajów czerwonych, byli także zieloni i niebiescy. Floating Santas 2050?

14.51 Straż Miejska poszalała. Idę, a obok rzędem samochody z blokadami na kołach. Jeden po drugim. Wszystkie stały na martwym polu. Wrócą kierowcy, będą wściekli. Bo przecież nie ma miejsc parkingowych. Może i nie ma, ale brak biletów w kiosku nie uprawnia do jazdy autobusem na gapę. Poza tym strażnicy i tak naginają przepisy, bo nie karają aut, które stoją np. 2 metry od skrzyżowania, albo przystanku. A mogliby.

16.15 Już ciemno?

No to dobranoc.

Fot. własne

Kleks#2: Panie Brychczy, możemy porozmawiać?!

Jakiś czas temu zaproponowałem cykl opowieści towarzyszących dziennikarskiemu życiu, które zatytułowałem “Kleks”. Dziś pora na drugą opowieść, czyli kolejną historyjkę. Tym razem będzie dużo dopowiadania, ale od tego mamy niezawodne nawiasy ;) .

21 marca 2010 roku. Dzień po meczu Pogoni Szczecin w Nowym Sączu (z Sandecją) trafiliśmy (w drodze powrotnej) na spotkanie futsalowej Pogoni ’04 Szczecin w Rudzie Śląskiej (z tamtejszą Gwiazdą).

W tym czasie (a może zostało nam tak do dzisiaj?) mieliśmy z kolegą po fachu taką zabawę, że staraliśmy się wśród ludzi wyszukiwać twarze łudząco podobne do znanych osób (coś jakby sobowtóry). Zadaniem drugiego było odgadnąć, do kogo podobna jest osoba wskazana przez pierwszego.

Zanim rozpoczął się mecz w Rudzie Śl., wskazałem koledze (tradycyjnie imion nie będzie, bo nie to jest istotne) pewnego starszego pana.
- Lucjan Brychczy? – zapytał mnie z uśmiechem.
- Zgadłeś! – odpowiedziałem. – Lucjan Brychczy.
Dosiadł się do nas wtedy drugi kolega dziennikarz (o nim będzie ta historia; zgodził się na publikację), który niedługo wcześniej rozpoczął współpracę z jedną ze szczecińskich gazet.
- A kto to jest Lucjan Brychczy? – zapytał z zaciekawieniem.
- Nie wiesz? – zapytałem z niedowierzaniem. – Nie znasz Lucjana Brychczego? Tego legendarnego piłkarza Legii, który jako pierwszy Polak w historii miał szansę na angaż w Realu Madryt? Naprawdę?

Widząc, że kolega zainteresował się postacią Lucjana Brychczego, zacząłem podkręcać temat, a w głowie urodził mi się pomysł na niezły żart. I kiedy tak siedzieliśmy we trzech, rzuciłem od niechcenia.
- Może zrobię sobie z tym Brychczym wywiad – głośno pomyślałem. – W końcu to dla “Głosu” byłby ciekawy materiał.

Mecz już trwał, kiedy dostrzegliśmy co robi nasz kolega, który do niedawna nie wiedział nawet o istnieniu legendarnego “Kiciego” (to ksywka pana Lucjana). Ku naszemu zaskoczeniu, znalazł zdjęcie Brychczego w internecie i zaczął je porównywać z twarzą wskazanego przeze mnie człowieka. Ów pan był naprawdę podobny do pana Lucjana, a kolega bazował na jednym tylko zdjęciu, dlatego też potwierdził wiarygodność byłego piłkarza Legii. Następnie zaczął szukać informacji o panu Lucjanie. Okazało się, że prawdziwy Brychczy urodził się w Nowym Bytomiu… a więc dzielnicy Rudy Śląskiej (o czym wcześniej absolutnie nie wiedziałem)! Kolega nie miał już najmniejszych wątpliwości, że ma przed sobą prawdziwego Brychczego i zaczął przygotowywać pytania do wywiadu.

Po meczu podszedł do starszego pana z dyktafonem.
- Dzień dobry, nazywam się XY (tutaj padło imię i nazwisko kolegi), jestem z YX (tu padła nazwa gazety), czy możemy porozmawiać?
- Ze mną? – zaczął niepewnie starszy pan.
- Pan Lucjan Brychczy, prawda? – zapytał kolega (nietrudno wyobrazić sobie nasze reakcje, kiedy udało się wkręcić kolegę do końca).
- Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee… Ale kilka osób mówiło mi, że jestem podobny. Kiedyś też grałem w piłkę!
Twarz kolegi szybko zalała się krwistą czerwienią. Ale nasz sobowtór Brychczego okazał się przyjaznym rozmówcą. Kiedy dowiedział się, że jesteśmy ze Szczecina, niespodziewanie wypalił: – Ja mam działkę w Trzebiatowie!

Nasz kolega przyjął żart z dużym dystansem i chwała mu za to. Do dziś spotka się czasem z zaczepką “na Brychczego“. Swoją drogą, rudzianin był do byłego piłkarza bardzo podobny. Pierwszy z kolegów, który od początku wiedział, że to tylko żarty, powiedział mi po czasie, że w momencie kiedy rzuciłem luźną myśl o tym, żeby przeprowadzić z nim wywiad, on zwątpił, czy to czasem nie jest prawdziwy Brychczy. Misterny żart!

Fot. Igol.pl
YouTube Preview Image

 

Wciskać, czy nie wciskać? Oto jest pytanie!

Szczeciński tabor autobusów i tramwajów można podzielić na dwa typy. Nie, nie – oczywiście można wybrać tysiące przeróżnych wyróżników i wyodrębnić wiele typów. Stare, nowe, brzydkie, ładne, ze względu na przebieg, markę, czy ilość miejsc siedzących. Ja chciałbym jednak odnieść się do klasyfikacji ze względu na sposób otwierania drzwi.

Fot. Marcin Bielecki: Wciskać, czy nie wciskać?

Typy są dwa: otwierane automatycznie i ręcznie. W tym drugim przypadku musimy nacisnąć właściwy guzik (zazwyczaj oznakowany hasłem “stop”, “drzwi”, “otwieranie drzwi”), który znajduje się obok drzwi (a w przypadku nowych tramwajów “Swing” bezpośrednio w drzwiach). Prowadzi to czasami do nieporozumień.

Byłem dziś świadkiem nieprzyjemnej sytuacji. Jechałem autobusem linii “B” – stare, wysłużone, trzynastoletnie Volvo B10M. Pojazd zatrzymał się na przystanku, a wysiąść chciała starsza kobieta. Siwowłosa pani nacisnęła przycisk “stop” przy drzwiach. W autobusach tego typu skutkuje to charakterystycznym dźwiękiem i zapaleniem się lampki “Na żądanie”. Drzwi (które w tego typie autobusach otwierane są jedynie przez kierowców) nie otworzyły się nie wiedzieć czemu przez kilka sekund, więc starsza pani nacisnęła przycisk raz jeszcze. Znów charakterystyczny dźwięk i zapalona lampka, którą przed chwilą wyłączył kierowca.
- Czego pani tak wciska cały czas, zara otwieram! – wydarł się na kobietę prowadzący pojazd.
Przestraszona starsza pani po chwili wyszła z autobusu i wsiadła do tramwaju, a ja razem z nią. Wiozła nas poniemiecka Tatra KT4Dt, a więc rozpoznawalny “żółtek”. Traf chciał, że wysiadaliśmy na tym samym przystanku. Kiedy tramwaj zatrzymał się na przystanku, starsza pani stanęła przy drzwiach i cierpliwie czekała. Była pierwsza przy drzwiach, dlatego znów jej się oberwało.
- Na co tak pani czeka, nie łaska wcisnąć guzik? – zapytał inny pasażer. – Same się nie otworzą, to nie pociąg!

No właśnie, pociąg może nie, ale autobus też nie. Podejrzewam, że większość ludzi jakoś radzi sobie z tymi mechanizmami (kiedy naciskać, a kiedy nie), ale starsi mogą mieć z tym problem. Kiedyś także zdarzyło mi się być świadkiem, kiedy starsza pani nie potrafiła otworzyć drzwi w nowszym autobusie i zaczęła krzyczeć na kierowcę, że są zepsute.

Czy nie można byłoby tego ujednolicić? Zdecydowana większość miejskich pojazdów jest wyposażona w funkcję otwierania “drzwi na przycisk”. Tych starych jest już coraz mniej. Jeśli mają jeździć jeszcze rok, to faktycznie trzeba po prostu poczekać, aż zostaną wycofane, tym bardziej, że opisywane przeze mnie informacje zdarzają się incydentalnie. Ale jeśli ZDiTM planuje je eksploatować jeszcze np. przez 3-4 lata, to może warto byłoby zaintalować możliwość otwierania drzwi na przycisk.

Drobiazg. Ale drobiazgi ułatwiają życie i są początkiem do rozmawiania o sprawach dużych.

Szczupak, batory i czytanka – czyli naprawdę dobra książka

Kilka dni temu obiecałem Wam krótką recenzję (nie, to zbyt poważnie brzmi! Niech będzie moją subiektywną ocenę…) książki “Mowa trawa. Słownik piłkarskiej polszczyzny.” dziennikarza Canal+ i byłego piłkarza m.in. Legii Warszawa Marcina Rosłonia. Kto ma ochotę – zapraszam!

Mowa trawa” tak naprawdę słownikiem nie jest. To znaczy jest, ale tylko z nazwy. Próżno szukać tam encyklopedycznych wyjaśnień popartych etymologią (pochodzeniem wyrazu), uwarunkowaniami historycznymi, albo innymi mądrościami. Jest za to mnóstwo humorystycznie opisanych haseł, zawierających świetne anegdotki i historie.

Autor przyjął bardzo autorską formę pisania, ponieważ hasła opisuje z perspektywy pierwszej osoby. Pisze więc “Istnieje jeden niezawodny sposób, stara piłkarska metoda na pozbycie się tej dolegliwości. Kiedy o niej opowiadam osobom niezwiązanym z futbolem, nikt nie wierzy, że może być skuteczna (…)“. To dość nietypowa forma jak dla słownika, ale jak już wspomniałem wcześniej, Słownik języka polskiego na pewno nie określiłby książki Rosłonia w kategoriach… słownika właśnie :) .

Co do samej treści, to fana piłkarskiego na pewno ubogaci. Zresztą nie tylko jego. Piłką jestem przeżarty doszczętnie i znaczenia większości haseł naturalnie znałem (inna sprawa, że warto było je poczytać dla barwnych wyjaśnień), ale kilku nowych rzeczy się dowiedziałem. Na przykład, kim w piłce nożnej jest Batory.

Książka nie jest droga i można ją wyrwać w sklepie internetowym już za 23 złote. Ale nie polecam tej drogi kupna. Lepiej iść do sklepu i kupić ją osobiście. Dlaczego? Wkradł się błąd drukarski – kilkanaście stron jest źle złożonych. Nie wiem, czy dotyczy to całego nakładu, czy tylko wybranych egzemplarzy (książki moja i kolegi miały ten defekt). W razie zakupu, zwróćcie uwagę np. na strony 80-88. Właśnie tam strony “nachodzą się” na siebie (następna zaczyna się od dwóch wersów, którymi kończy się także poprzednia).

Żeby nie było tak słodko – jest też coś, co mnie w książce bardzo wkurza. Autor najpierw podaje znaczenie słowa w normalnym świecie, a następnie objaśnia jego znaczenie w realiach piłkarskich. Często przy definicji “właściwej”, czyli tej poprzedzającą futbolową, znajdujemy odniesienie do Wikipedii, albo Wikicytatów. Z całym szacunkiem, ale uważam, że to nie fair wobec czytelnika z dwóch powodów.

  1. Wikipedia jest źródłem darmowym, więc posiłkowanie się nią do celów komercyjnych nie jest w porządku wobec czytelnika.
  2. Źródłem dla książki nie powinien być internet. Autor powinien odnieść się encyklopedii. Tym bardziej, że wiedza jest w książkach, a tego typu zabiegi niestety tego nie potwierdzają.

Jest to jednak minus nic nieznaczący, biorąc pod uwagę, że książka ma wnosić przede wszystkim wiedzę futbolową. A to robi doskonale. Dziś miałem okazję chwilę porozmawiać telefonicznie z autorem i okazało się, że jest przesympatycznym człowiekiem. Po chwili rozmowy poczułem już do niego ogromną sympatię, chociaż już wcześniej lubiłem go jako dziennikarza sportowego. Zaimponował mi tym, że nie sili się na bycie ekspertem w każdej sprawie, jest dostępny i otwarty. A to cecha niewielu dziennikarzy, którzy osiągnęli bardzo dużo. I także dlatego namawiam do poczytania “Mowy Trawy”. A swój egzemplarz (na zdjęciu) chętnie pożyczę :) !

Tradycyjnie, coś do posłuchania  na koniec. Skoro wątek piłkarski, to i nuta futbolowa.

YouTube Preview Image

Tost tostowi nierówny

Ostatnio w Szczecinie zapanowała moda na tosty. Wszystko zaczęło się od budki stojącej przy placu Kościuszki, a teraz opiekane bułki można kupić już niemal w każdej cukierni i fast foodzie w naszym mieście.

Moda się zmienia, także ta gastronomiczna. Co jakiś czas na rynku pojawia się jakaś nowinka. Jedna trafia w gusta w klientów, inna nie. Wygląda na to, że tosty się “sprzedały” – w wielu miejscach Szczecina można spotkać idących w pośpiechu mieszkańców, niechlujnie przeżuwających opiekaną bułkę.

Tosty są dziś niemal we wszystkich budkach gastronomicznych, ponieważ technologiczny proces ich powstawania jest bardzo prosty. Wystarczy mieć opiekacz/grill kontaktowy (takie same służą w fast foodach do podgrzewania kebabowych bułek), który kosztuje średnio 600 złotych (sprawdzane w Allegro). Potrzebne są jeszcze bułki, trochę sera, pieczarek oraz przypraw i już można sprzedawać tosty.

Zaczęło się od opiekanych bułek z serem i pieczarkami. Taka opcja w dalszym ciągu jest najpopularniejsza, ale pojawiły się już nowe kombinacje smaków. Natknąłem się na następujące propozycje:

1. ser i szynka

2. ser, szynka i pieczarki

3. ser, salami i papryka

4. ser, kiełbasa

Znając pomysłowość gastronomików można przypuszczać, że już niedługo pojawią kolejne smaki.

Co decyduje o popularności tostów? To, że przyrządza się je szybko (bardzo szybko!), są sycące i można je zjeść w biegu. W dodatku są niedrogie – za jednego zapłacimy od 2,5 złotego (niedawno widziałem punkt, gdzie były za “dwójkę”, ale podniósł już ceny) do 3,5 zł (droższych jeszcze nie spotkałem).

Ale, ale! Uważajcie! Bo niestety, jak to bywa w każdym kulinarno-gastronomicznym przypadku, są tosty dobre i złe. Każdy ma swój gust, dlatego nie będę upubliczniał miejsc, w których moim zdaniem sprzedawane tosty są BEZ-NA-DZIEJ-NE! Przytoczę jedną anegdotkę. Kilka dni temu po zamówieniu otrzymałem coś, co wyglądało jak deska. Po pierwszym gryzie wpadłem na pomysł, by przyłożyć tostem sprzedawcy w głowę, żeby zastanowił się, czy takie rzeczy nadają się do jedzenia. Oczywiście nie zrobiłem tego, ale być może ktoś mnie wyręczy.

Mogę natomiast polecić miejsce, w którym jadłem NAJLEPSZE tosty. Przepyszne, z dużą ilością sera i niebędące twardymi sucharami. W dodatku, co nie jest jeszcze tostowym standardem, można je “pokeczupić” :) . Takie właśnie sprzedawane są w budce na rogu Alei Piastów i ul. Narutowicza. Polecam, naprawdę warto!

Na koniec spokojna piosenka z tostem w roli głównej…

YouTube Preview Image

Faula nie było!

Wiecie jaki jest najgorszy błąd? Taki, o którego istnieniu nie mamy pojęcia. Jeśli podejrzewamy, że coś jest nie tak i ostatecznie się pomylimy, to pół biedy – nikt nie jest bezbłędny. Gorzej jednak, jeśli nagminnie robimy takiego samego babola i nie dostrzegamy go. Nasze szanse na wyeliminowanie błędu maleją i musimy czekać, aż ktoś nam podpowie.

Nie było faulu na zawodniku Floty Świnoujście. Czy w poprzednim zdaniu widzicie jakiś błąd? Być może: jeśli tak, to chwała Wam za to! Według moich ostatnich poszukiwań poprawna wersja tego zdania powinna wyglądać następująco: Nie było faula na zawodniku Floty Świnoujście.

Któż z nas nie używa formy dopełniaczowej faulu? Robią to wszyscy komentatorzy sportowi, dziennikarze, sportowcy i kibice. A także większość pozostałych użytkowników języka polskiego. Nawet wpisując w wyszukiwarkę “google” obie formy: faulu/faula, internet chce pozbawić nas złudzeń. Pod pierwszą z wymienionych “szukajka” wyświetla mnóstwo linków, pod drugą żadnego odnoszącego się do polskich stron. Sam oczywiście także używałem dotąd formy dopełniaczowej faulu.

Kilka miesięcy temu podczas treningu Pogoni ’04 jej trener Gerard Juszczak wołał do zawodników: – Graj bez faula! Bez faula!
Aż kłuło mnie w uszy. Pomyślałem, że być może to jakaś forma regionalna, jakiś dialekt. W końcu szkoleniowiec jest z Krakowa. Nie miałem racji.

Po raz drugi wątpliwość wzbudziła we mnie książka “Mowa Trawa. Słownik Piłkarskiej Polszczyzny” (za kilka dni napiszę tutaj niedługą recenzję tego tytułu). Przez ostatni kwadrans szukałem właściwego cytatu, aby go przytoczyć, ale ostatecznie nie znalazłem (trzeba było wcześniej zaznaczyć…; jak tylko znajdę to zaktualizuję wpis). W każdym razie autor “Mowy” – dziennikarz Canal+ Marcin Rosłoń jako jeden z nielicznych użył formy dopełniaczowej faula.

Sprawdziłem, co ma do “powiedzenia” na ten temat internetowy ortograficzny słownik PWN. I tutaj duże zaskoczenie – jako poprawną wskazuje formę faula! Rozwinąłem swoje rozważania i poprosiłem o poradę prof. Ewę Kołodziejek (językoznawca, ścisła polska czołówka). Pani profesor odesłała mnie do Słownika Poprawnej Polszczyzny, który w tym przypadku miał mieć większą wartość od ortograficznego. Tam również poprawna forma dopełniaczowa to faula.

Od dziś zaczynam zatem pisać, że nie ma/nie było faula! I postaram się więcej nie popełniać takiego językowego faula właśnie.

PS. Jeśli dowiem się jakichś nowych informacji na ten temat, na pewno zagram “fair play” i Was o tym poinformuję!

PPS. Spójrzcie na filmik poniżej. I co, faula nie było ;) ?

YouTube Preview Image

Społeczeństwo stukania i posuwania*

Co tu dużo gadać – epoka klikania powoli odchodzi do lamusa. Idzie nowe. Teraz wszyscy stukają, suwają i posuwają. Palcem po szkle. Jak to wszystko szybko się zmienia…

Jeszcze kilka lat temu wszyscy mówiliśmy o tym, że rozpoczyna się era klikającego społeczeństwa. Ani się obejrzeliśmy, a klikających jest już coraz mniej. Rośnie za to liczba stukających i suwających. Rynek zalewają smartfony, do użytku powszechnego weszły laptopy, które już dawno przestały być dobrem ekskluzywnym.

(grafika: teraz “stukać” i “suwać” można także po portalu gs24.pl, gdyż przygotowano specjalną wersję mobilną)

Wiodącym sposobem sterowania urządzeniami stał się dotyk. I to właśnie za jego pośrednictwem stukamy w ekrany i suwamy po nich swoje palce. Owa refleksja po raz pierwszy naszła mnie wówczas, gdy w jednej z instrukcji jakiegoś dodatkowego sprzętu do komputera wyświetliła mi się informacja “proszę stuknąć w ikonę dwa razy“. Widocznie nikt już nie chciał, żebym klikał.

Ciekawe, co będzie następne? Sterowanie myślami? Chyba się rozpędziłem. Ale głosem? To już chyba mniej odległa wizja… Poniżej jeden z pomysłów internautów.

YouTube Preview Image

* doprowadzenie do jakichkolwiek skojarzeń nie było intencją autora ;)

Święto “zmarłych” to jeszcze nie powód, żeby się pozabijać!

Od 1 listopada minęło kilka dni. Ochłonąłem. Zmagałem się z myślami, czy pisać na ten temat, czy sobie odpuścić. Dałem sobie do namysłu kilka dni i w końcu zdecydowałem, że napiszę. Dzisiaj, żeby temat nie zestarzał się do końca. Będzie trochę narzekania, więc kto nie ma na to ochoty, niech po prostu nie czyta. Uwaga – długie!

Podróż z bydlakiem
Na cmentarz, jak co roku, jechałem tramwajem. Razem z rodzicami, bratem, kuzynką i babcią. Wsiedliśmy na przystanku “Wyszyńskiego”. Podjechał “Swing“. – No, to pierwszy sprawdzian dla tego tramwaju – rzucił do mnie brat. Już na placu Kościuszki tramwaj był przeładowany. Nikt jednak nie narzekał, bo 1 listopada to normalna sprawa. Ludzie stali ściśnięci jak sardynki w puszce, ale pozwalali sobie nawet na żarty. – Może położymy się piętrowo! – zakrzyknął ktoś przyjaznym tonem. – Kiedyś już tak robiono i dobrze się to nie skończyło - słusznie i trochę niespodziewanie zareagował ktoś inny.
Nieprzyjemnie zrobiło się na przystanku “Sikorskiego”. – Ludzie, posuńcie się, chcę wsiąść! – krzyknął ktoś przy wejściu. – Nie ma miejsca! – odpowiedział jeden z pasażerów. Istotnie, miejsca nie było. Ale niespodziewanie gość z przystanku zareagował. – Jak to k…a nie ma! – wrzasnął, po czym z impetem rzucił się w ludzi będących w tramwaju. A, że postury był sporej (na oko ponad 190 centymetrów wzrostu, więcej niż 100 kg żywej wagi), to przegrupował pasażerów dookoła. Z triumfalną miną stanął wśród zdegustowanych ludzi, którzy wyrażali swoją dezaprobatę. Momentalnie znalazłem się wpół wiszący nad siedzącą obok kobietą, z nienaturalnie wygiętą nogą. Próbowałem nieco odepchnąć ów jegomościa (bezmózga, wolnomyślącego, bydlaka), ale bezskutecznie. Zwyczajnie ustępowałem warunkami fizycznymi. – Pręż się człowieku, pręż! – dalej cwaniakował “nadkompletowy” pasażer, który wygodnie stał pośród ściśniętych (a w niektórych przypadkach wręcz zmiażdżonych) współtowarzyszy podróży. Niezadowolenie innych rosło i coraz głośniej wyrażali myśli na temat zachowania ów jegomościa. – I co, teraz jedziesz na groby swoich bliskich, będziesz czcił ich pamięć? Naprawdę godne zachowanie, pewnie byliby z ciebie dumni – powiedziałem tylko, ale raczej niespecjalnie się przejął. Na pewno było mu jednak coraz bardziej głupio, bo z triumfalnego spojrzenia przeszedł w rozbiegany wzrok, niechętny innym spojrzeniom. Twarz próbował ratować bodajże jego ojciec (tak to wyglądało), który rzucił. – To po prostu tramwaje są nieprzystosowane do przewozu dużej ilości osób.
Nikt nie potraktował go poważnie. Na przyszłość radzę się zastanowić. Czy człowiek, który wykorzystał swoją przewagę fizyczną, by dostać się do tramwaju, pomyślał np. co mogłoby się stać, gdyby z impetem wpadł na kobietę w ciąży? Moglibyśmy mieć tragedię na miejscu. Nie, nie pomyślał. Wolał martwić się jedynie o siebie. Niestety.

Jarmark “Ku Słońcu”
Zaczynamy być świadkami tworzącego się pasażu handlowo-gastronomicznego wzdłuż trzech bram od strony ul. Ku Słońcu. Wiele jestem w stanie zrozumieć i powiem szczerze, że pomysł sprzedaży hot-dogów i pajd ze smalcem nawet mi się spodobał. Po długim spacerze po cmentarzu można zgłodnieć i posiłek “na szybko” nie jest raczej niczym złym. Znak czasów. Ale sprzedawanie żelków, słodyczy i plastikowych zabawek?! To już lekka przesada. Rozumiem, że światem rządzi handel, ale czy naprawdę nie można tego sobie darować? To przecież nie “Dni Morza”… A tak to momentami pod cmentarzem wyglądało.

Nocne patrole
Cmentarz odwiedziłem również w nocy z 1 na 2 listopada, koło północy. Zastany widok był przepiękny. Tysiące płonących zniczy, specyficzny zapach i cisza. “Kiedyś wszyscy tam trafimy, być może szybciej, niż się tego spodziewamy” – taka refleksja przewinęła się przez moją głowę. Za sobą usłyszałem kroki. Okazało się, że był to patrol policyjny. Mój nocny spacer po cmentarzu trwał około pół godziny i w tym czasie trafiłem na stróżów prawa trzykrotnie. Przyznam, że pozytywnie mnie to zaskoczyło. Czułem się bezpieczny.

Wytrzymałe sprzedawczynie
Wracając do nocnego spaceru. Tuż przed północą dostrzegłem, że wciąż czynne są trzy stanowiska ze zniczami.
- Pani będzie tu sprzedawać całą noc? – zacząłem rozmowę.
- Tak, jestem tu trzecią noc z rzędu. Koleżanka czwartą - zaskoczyła mnie sprzedawczyni.
- To kiedy pani odsypia? – zapytałem automatycznie.
- W dzień! – odpowiedziała z uśmiechem, wydając resztę.
Dowiedziałem się, że nocna zmiana nie jest nastawiona na sprzedaż w głównej mierze. Ważniejsze jest pilnowanie własnego dobytku (przez te kilka dni nikt wieczorem nie “zwija” swojego stoiska, bo byłoby przy tym za dużo pracy) oraz… pilnowanie atrakcyjnego miejsca stoiska. Te czynne całą dobę zlokalizowane były tuż przy bramie wejściowej. To wiele tłumaczy.

Mam nadzieję, że nie zanudziłem. Dobrej nocy.

Pomaga, bo ma w tym interes. Nie ukrywa tego i za to brawa!

Zaobserwowałem, że od pewnego czasu kampanię dra Bazylego Barana aktywnie wspiera Francuz Raymond Le Roch.  Wiecie dlaczego?

Pan dr Bazyli Baran to nauczyciel akademicki, radny miasta, nr 23 na listach Platformy Obywatelskiej do Sejmu. Jak na odległy numer na listach jego kampania jest bardzo widoczna “na mieście”.

Jak już wspominałem, przedwyborcze przygotowania pana Barana aktywnie wspiera Francuz Raymond Le Roch. Ten aktywista kandydował do rady miejskiej (bezskutecznie) oraz jest właścicielem lokalu “Petit Paris“. Kilka tygodni temu, zupełnie przypadkowo, byłem świadkiem (właśnie w “Petit”) spotkania obu panów i żywiołowego omawiania pomysłów i planów na startującą właśnie kampanię. Zdecydowanie więcej mówił pan Le Roch, który rzucał pomysłami jak z kapelusza.

Muszą być dobrymi kumplami“, pomyślałem wtedy. Trzy dni temu, gdy czekałem na autobus przy pętli “Kołłątaja” zobaczyłem pana Le Rocha, który czekał na nadjeżdżający samochód. Chwilę później podjechało auto z reklamą dra Barana na dachu, prowadzone przez samego kandydata na posła. “Widać, że nie odstępuje kandydata na krok” przewinęło się w mojej głowie na myśl o Francuzie.

Wczoraj spotkałem pana Le Rocha przy wiadukcie obok targowiska “Manhattan”. Rozdawał ulotki dra Barana. Podszedłem i z ciekawością zapytałem, dlaczego tak aktywnie go wspiera.
- Wiesz dlaczego? – zaczął przyjaznym tonem pan Raymond. – Bo jeśli wejdzie do Sejmu, to zwolni się miejsce w Radzie Miasta i ja na nie wskoczę! Będę pierwszym francuskim radnym miasta Szczecina i spróbuję odmienić waszą mentalność!

Pan Raymond wielokrotnie podkreślał swoją dumę z tego, że jest paryżaninem. Możecie o tym poczytać chociażby w jego przemyśleniach z wczoraj – TUTAJ (klik). Patrząc na niego mam wrażenie, że ktoś taki przydałby się (w) naszej radzie.

Mówią, że nie ma nic za darmo. W tym przypadku też nie. Absolutnie nie kwestionuję przyjaźni panów Le Rocha i dra Barana. Z drugiej strony jednak bardzo imponuje mi mówienie o rzeczach wprost. Przecież pan Le Roch, rozdając ulotki, zapytany przeze mnie mógł śmiało odpowiedzieć: - dr Bazyli Baran to doświadczenie, najlepszy z możliwych kandytadów!
I skoro tak myśli, to przecież nie skłamałby. Ale wolał powiedzieć prawdę i tym mnie przekonał do siebie.

Żeby była jasność. To nie żadna polityczna agitacja. To, za którą opcją zagłosujecie, w tej chwili jest dla mnie nieistotne (ale po wyborach chętnie wymienię poglądy ;) ) Ważne jest to, żebyśmy oddali głos. Nawet nieważny. Ruszmy się w niedzielę z fotela i pójdźmy do urn. Przynajmniej dajmy sobie prawo do późniejszego narzekania. Bo niestety jest tak, że nieobecni głosu nie mają. A często bardzo chcieliby mówić najgłośniej spośród tłumu.

Na koniec spot wyborczy z udziałem obu panów. Tylko nieco ponad 180 wyświetleń na youtubie. Słabo, co? Ale z drugiej strony… Komu chce się oglądać takie rzeczy :) ?

YouTube Preview Image

Grafika: radiosygnaly.pl

Idą święta. Powariowali do końca :)

Wtorek, 27 września. Podczas zakupów w jednym ze sklepów (tak, ja też nie lubię tego zagadkowego “w jednym z”, ale w tym wypadku nazwa nie jest istotna) natknąłem się na regały ze słodyczami… świątecznymi. 

Zdarzało się już, że świąteczne elementy zaczęły pojawiać się na początku listopada, czasem pod koniec października. W tym roku mamy jednak świąteczne “first minute”.

Cóż, trzeba to oficjalnie powiedzieć: IDĄ ŚWIĘTA :) !

YouTube Preview Image