Od 1 listopada minęło kilka dni. Ochłonąłem. Zmagałem się z myślami, czy pisać na ten temat, czy sobie odpuścić. Dałem sobie do namysłu kilka dni i w końcu zdecydowałem, że napiszę. Dzisiaj, żeby temat nie zestarzał się do końca. Będzie trochę narzekania, więc kto nie ma na to ochoty, niech po prostu nie czyta. Uwaga – długie!
Podróż z bydlakiem
Na cmentarz, jak co roku, jechałem tramwajem. Razem z rodzicami, bratem, kuzynką i babcią. Wsiedliśmy na przystanku “Wyszyńskiego”. Podjechał “Swing“. – No, to pierwszy sprawdzian dla tego tramwaju – rzucił do mnie brat. Już na placu Kościuszki tramwaj był przeładowany. Nikt jednak nie narzekał, bo 1 listopada to normalna sprawa. Ludzie stali ściśnięci jak sardynki w puszce, ale pozwalali sobie nawet na żarty. – Może położymy się piętrowo! – zakrzyknął ktoś przyjaznym tonem. – Kiedyś już tak robiono i dobrze się to nie skończyło - słusznie i trochę niespodziewanie zareagował ktoś inny.
Nieprzyjemnie zrobiło się na przystanku “Sikorskiego”. – Ludzie, posuńcie się, chcę wsiąść! – krzyknął ktoś przy wejściu. – Nie ma miejsca! – odpowiedział jeden z pasażerów. Istotnie, miejsca nie było. Ale niespodziewanie gość z przystanku zareagował. – Jak to k…a nie ma! – wrzasnął, po czym z impetem rzucił się w ludzi będących w tramwaju. A, że postury był sporej (na oko ponad 190 centymetrów wzrostu, więcej niż 100 kg żywej wagi), to przegrupował pasażerów dookoła. Z triumfalną miną stanął wśród zdegustowanych ludzi, którzy wyrażali swoją dezaprobatę. Momentalnie znalazłem się wpół wiszący nad siedzącą obok kobietą, z nienaturalnie wygiętą nogą. Próbowałem nieco odepchnąć ów jegomościa (bezmózga, wolnomyślącego, bydlaka), ale bezskutecznie. Zwyczajnie ustępowałem warunkami fizycznymi. – Pręż się człowieku, pręż! – dalej cwaniakował “nadkompletowy” pasażer, który wygodnie stał pośród ściśniętych (a w niektórych przypadkach wręcz zmiażdżonych) współtowarzyszy podróży. Niezadowolenie innych rosło i coraz głośniej wyrażali myśli na temat zachowania ów jegomościa. – I co, teraz jedziesz na groby swoich bliskich, będziesz czcił ich pamięć? Naprawdę godne zachowanie, pewnie byliby z ciebie dumni – powiedziałem tylko, ale raczej niespecjalnie się przejął. Na pewno było mu jednak coraz bardziej głupio, bo z triumfalnego spojrzenia przeszedł w rozbiegany wzrok, niechętny innym spojrzeniom. Twarz próbował ratować bodajże jego ojciec (tak to wyglądało), który rzucił. – To po prostu tramwaje są nieprzystosowane do przewozu dużej ilości osób.
Nikt nie potraktował go poważnie. Na przyszłość radzę się zastanowić. Czy człowiek, który wykorzystał swoją przewagę fizyczną, by dostać się do tramwaju, pomyślał np. co mogłoby się stać, gdyby z impetem wpadł na kobietę w ciąży? Moglibyśmy mieć tragedię na miejscu. Nie, nie pomyślał. Wolał martwić się jedynie o siebie. Niestety.

Jarmark “Ku Słońcu”
Zaczynamy być świadkami tworzącego się pasażu handlowo-gastronomicznego wzdłuż trzech bram od strony ul. Ku Słońcu. Wiele jestem w stanie zrozumieć i powiem szczerze, że pomysł sprzedaży hot-dogów i pajd ze smalcem nawet mi się spodobał. Po długim spacerze po cmentarzu można zgłodnieć i posiłek “na szybko” nie jest raczej niczym złym. Znak czasów. Ale sprzedawanie żelków, słodyczy i plastikowych zabawek?! To już lekka przesada. Rozumiem, że światem rządzi handel, ale czy naprawdę nie można tego sobie darować? To przecież nie “Dni Morza”… A tak to momentami pod cmentarzem wyglądało.
Nocne patrole
Cmentarz odwiedziłem również w nocy z 1 na 2 listopada, koło północy. Zastany widok był przepiękny. Tysiące płonących zniczy, specyficzny zapach i cisza. “Kiedyś wszyscy tam trafimy, być może szybciej, niż się tego spodziewamy” – taka refleksja przewinęła się przez moją głowę. Za sobą usłyszałem kroki. Okazało się, że był to patrol policyjny. Mój nocny spacer po cmentarzu trwał około pół godziny i w tym czasie trafiłem na stróżów prawa trzykrotnie. Przyznam, że pozytywnie mnie to zaskoczyło. Czułem się bezpieczny.
Wytrzymałe sprzedawczynie
Wracając do nocnego spaceru. Tuż przed północą dostrzegłem, że wciąż czynne są trzy stanowiska ze zniczami.
- Pani będzie tu sprzedawać całą noc? – zacząłem rozmowę.
- Tak, jestem tu trzecią noc z rzędu. Koleżanka czwartą - zaskoczyła mnie sprzedawczyni.
- To kiedy pani odsypia? – zapytałem automatycznie.
- W dzień! – odpowiedziała z uśmiechem, wydając resztę.
Dowiedziałem się, że nocna zmiana nie jest nastawiona na sprzedaż w głównej mierze. Ważniejsze jest pilnowanie własnego dobytku (przez te kilka dni nikt wieczorem nie “zwija” swojego stoiska, bo byłoby przy tym za dużo pracy) oraz… pilnowanie atrakcyjnego miejsca stoiska. Te czynne całą dobę zlokalizowane były tuż przy bramie wejściowej. To wiele tłumaczy.
Mam nadzieję, że nie zanudziłem. Dobrej nocy.